powrót
do wierszy
powrót do galerii obrazów
|
Zapraszam
w niezwykłą podróż.
Genesis
Na obraz Spłynęło Niebo A światłość stworzona Muśnięciem pędzla Zapachniała kolorem
Teraz wysycha W zacisznym cieple
I nastał dzień pierwszy...
Zanurzam pióro By zaczerpnąć z kosmosów Zapisanych skrzętnie W każdej cząsteczce Wyrzeźbię stalowym Koniuszkiem los Ciebie, mnie i ich W dwóch wymiarach Na trzeci zabrakło Białej wstęgi
ŚWIT...
Pod zmurszałym murem W szczelinie W kąciku zacisznym Skropionym kroplą Tylko światła I odrobiną ciepła Wyrosła niespodziane Tak maleńka Że niewidoczna wpierw A ogromnie Świat zdumiała Że jak, że skąd, że po co? Pękła zimna harmonia
Patrzę na ten płatek Drżący uśmiechem Siateczką błękitną bezbrzeżne Ciepło ambrozji łowiący
Zjawiłaś się Duszo mojego ogrodu
Wieczorem w ogrodach Wszystko staje się inne Kiedy kwiaty pozbawione blasku Śpią w swych naziemnych kołyskach Ich ciała wypełnia Senne Delikatnym wibrato Cykadowego koncertu
Przez ciemne ścieżki W powietrzu przemyka Aksamitne skrzydło By dotknąć namiastki Pozostałej
Z kącika oka Spłynie kropla O poranku Kryształowa
Zadowolony Przechadza się miękkim Trawnikiem Prywatnym dywanem Przeplatanym stokrotką I dmuchawcem Odpoczął i gotów Do pisania dziejów
Spojrzeniem stwarza Nowe światy owocu Brzemienne drzewa Radośnie kołyszą Pooranymi biodrami Zadowolony Dotknął łaskawie Prochu ziemi czarnej Owoc jej oto stał się ...
Pokusy...
Soczystym owocem Pachnącym milionem Lat ewolucji Miękkim jak czułość Ciepłym zamszowym W swych przyjemnych kolorach Słodka tajemnica Dzikiego romansu ze słońcem
...Raj utracony Przekwitły kwiaty w ogrodzie Cichutko niespodzianie Ciepłym popołudniem Ostatniego dnia słońca Otwarła się furta Zawirował pył w słonecznej Włóczni anioła Pomiędzy szparami Zmurszałych desek Zielony labirynt Znaczeń bez znaczenia Otulił popękany mur Ukryłaś się gdzieś Za drzewem poznania Dobrego i złego Posmakowałem owocu I ujrzałem światło Przez chwilę By zapaść się w ciemność Po omacku poszukuję Do dziś Twego ciepła...
...Pewnego dnia Zakochał się w oczach swej Pani Jednym spojrzeniem tylko Zaczarowała go W tych małych zwierciadłach Stały się jego powietrzem I całym kosmosem Słońcem Arkadii I ogniem Gehenny
Teraz się tylko boi Że przestanie patrzeć Bo nie potrafi już upleść Bogatego warkocza ze słów Ani hymnu nieba wyśpiewać Oczekuje
Na
skraju zmierzch...
Gdybym poznał symfonię grającą w Twej duszy Choćby jedną nutkę złamaną półtonem, Wiedziałbym na czym świat stoi Wiedziałbym gdzie początek, a gdzie koniec Gdzie miłość, a gdzie rozpacz ma miejsce Gdzie Ty i gdzie ja Gdzie ona w szkarłacie zamknięta W błękicie rozwarta Co w szale muzyki Ty tylko pod opuszkami palców Jak myśli błyskawic stacatto Rozrywając ciszę...
Kamienny Ogród
Mój
ogród jest z kamienia Tam Malachitowe drzewa Pochylone szmaragdem Małych klejnocików listków Nad diamentową taflą stawu Z turkusowym dnem Gdzie spoczęła w wieczności Kryształowa ważka Spójrz, kwiat fluorytu łyska pomiędzy Awenturynową szpilą źdźbła trawy A gąszczem obsydianu Kruchością nie raniąc stopy
To mój kamienny ogród... Muskam kwiaty alabastrową dłonią Nie pachną, nie grzeją Nie wzruszą już Kamiennego serca
Jakby trzeba było, To by Mu dziecko urodziła Jakby trzeba było. Niechby tylko ten skraweczek Pachnącej tkaniny Jaśminem, przyjął U swych stóp
Jakby trzeba było To by Mu życie drugie dała Jakby trzeba było - swoje I jeszcze by się śmiała dając ten Skarb niezmierzony Wyśniony świat U Jego stóp
Jakby trzeba było, To by i nic nie było To by i „nic” było wszystkim Jakby trzeba było, by „wszystko” Legło u Jego stóp
Miłość czasem bywa koronką z czekolady Co rozpryśnięta na białym obrusie Ręką szalonego mistrza od słodyczy Co przedobrzył sprawę niechcąco zupełnie
Głębokim smakiem, soczystym kolorem I aromatem Twe zmysły mamiącym Pokusą zaklętą w bogactwie, jak gdyby Misterny kurdyban złocony słodkością.
Symfonią dla oka, maestrią języka Apogeum treści, oniryczną jawą....
Ale... Ale i brudem tylko, na anielskiej bieli I niczym... I pustką na wypranym płótnie ...
W szparze pomiędzy światami Ramą lustra, a wieczorem Ukryty Śni się inny świat. Duszy krainy ciepłego kominka
Gdzie szarobury kot leniwe Przysnął na kamiennym gzymsie Mrucząc snem zaplątanym w bibelotach Skrzypiących pamięcią ulotną wtuloną różanym policzkiem do starego drzewa
Gdzie zakurzona złota włócznia słońca Wschodem nowym ośmielona Wdziera się przez dziurkę od klucza Poigrać z orzechowym kałamarzem Pełnym zamaszystych słów, rytmów I innych mniej potrzebnych rzeczy By zniknąć zaraz zdumioną radośnie Motylem co z pergaminu odleciał
Gdzie za oknem z sosnowego drewna Narysowane niebo jest, nieskończone Pachnące żywicą i światłem Ponad ogrodem czarów tajemnych Tęczą pastelowych słów utkanym i piór, wpierw białych i olbrzymich Potem jedwabnie miękkich ponad falującą doliną Płowych trzcin poezji ulotną i cichą.
Zza równoległej krawędzi wymiaru W szparze pomiędzy światami Ramą lustra a wieczorem Słowo stało się ciałem Anioła w puszystym Alizarynowym szaliku
Wiesław Matysik - Ogrody 2007 |