powrót  do wierszy
powrót do galerii obrazów

 

Zapraszam w niezwykłą podróż.
Do tajemniczych zaczarowanych Ogrodów duszy.
Zapraszam w mistyczną podróż, poprzez wrażenia, namiętności i uczucia, które są od samego początku stworzenia wiernymi towarzyszami człowieka w jego trudnej podróży przez życie.
Odwieczne zmaganie dobra i zła, miłości i nienawiści, zawsze były wielką inspiracją dla tych co kroczą pomiędzy światami na granicy.
Miłość jest motorem wszelkiego działania i jednym z najwdzięczniejszych Ogrodów.
Bez tego elementu człowieczy świat nie miałby sensu, pomimo, że uczucie to, zarówno buduje jak i niszczy. Przez pryzmat Miłości człowiek doświadcza bram rajskiego ogrodu , ale także przedsionków pustyni piekła. Swoisty dualizm. Miłość ma swoje kwiaty, które często łączą w sobie zarówno anielską dobroć, jak ból i cierpienie. Najpiękniejsze bogate kwiaty tych Ogrodów. Twórcy od wieków czerpali natchnienie ze spacerów po Ogrodach, jakiekolwiek by nie były. Nie stronili przed nimi , choć nieraz rozrywało im to duszę, lub przeciwnie przekształcały w rozkwitający bukiet. I jedno, i drugie dawało owoce, które po dziś dzień możemy delektować w muzeach, na koncertach lub na kartach
 
książek.






OGRODY


 

 

Genesis

 

Na obraz

Spłynęło Niebo

A światłość stworzona

Muśnięciem pędzla

Zapachniała kolorem

 

Teraz wysycha

W zacisznym cieple

 

I nastał dzień pierwszy...

 



 





W czarnym kałamarzu

Zanurzam pióro

By zaczerpnąć z kosmosów

Zapisanych skrzętnie

W każdej cząsteczce

Wyrzeźbię stalowym

Koniuszkiem los

Ciebie, mnie i ich

W dwóch wymiarach

Na trzeci zabrakło

Białej wstęgi





 

 

 

ŚWIT...

 

Pod zmurszałym murem

W szczelinie

W kąciku zacisznym

Skropionym kroplą

Tylko światła

I odrobiną ciepła

Wyrosła niespodziane

Tak maleńka

Że niewidoczna wpierw

A ogromnie

Świat zdumiała

Że jak, że skąd, że po co?

Pękła zimna harmonia

  Z radością teraz

Patrzę na ten płatek

Drżący uśmiechem

Siateczką błękitną bezbrzeżne

Ciepło ambrozji łowiący

 

Zjawiłaś się

Duszo mojego ogrodu

 

 

 

 

Wieczorem w ogrodach

Wszystko staje się inne

Kiedy  kwiaty pozbawione blasku

Śpią w swych naziemnych kołyskach

Ich ciała wypełnia

Senne

Delikatnym wibrato

Cykadowego koncertu

 

Przez ciemne ścieżki

W powietrzu przemyka

Aksamitne skrzydło

By dotknąć  namiastki

Pozostałej

 

Z kącika oka

Spłynie kropla

O poranku 

Kryształowa  

 

 

 

 

 

 


Pan

Zadowolony

Przechadza się miękkim

Trawnikiem

Prywatnym dywanem

Przeplatanym stokrotką

I dmuchawcem

Odpoczął i gotów

Do pisania dziejów

 

Spojrzeniem stwarza

Nowe światy owocu

Brzemienne drzewa

Radośnie kołyszą

Pooranymi biodrami

Zadowolony

Dotknął  łaskawie

Prochu ziemi czarnej

Owoc jej

oto stał się ...

 

Pokusy...

 

Soczystym  owocem

Pachnącym milionem

Lat  ewolucji

Miękkim jak czułość

Ciepłym  zamszowym

W swych przyjemnych kolorach

Słodka tajemnica

Dzikiego romansu ze słońcem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...Raj utracony

Przekwitły kwiaty w ogrodzie

Cichutko niespodzianie

Ciepłym popołudniem

Ostatniego dnia słońca

Otwarła się furta

Zawirował pył w słonecznej

Włóczni anioła

Pomiędzy szparami

Zmurszałych desek

Zielony labirynt

Znaczeń bez znaczenia

Otulił popękany mur

Ukryłaś się gdzieś

Za drzewem poznania

Dobrego i złego

Posmakowałem owocu

I ujrzałem światło

Przez chwilę

By zapaść się w ciemność

Po omacku poszukuję

Do dziś Twego ciepła...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...Pewnego dnia

Zakochał się w oczach swej Pani

Jednym spojrzeniem tylko

Zaczarowała go

W tych małych zwierciadłach

Stały się jego powietrzem

I całym kosmosem

Słońcem Arkadii

I ogniem Gehenny

 

Teraz się tylko boi

Że przestanie patrzeć

Bo nie potrafi już upleść

Bogatego warkocza ze słów

Ani hymnu nieba wyśpiewać

Oczekuje

Na skraju zmierzch...






 

Gdybym poznał symfonię grającą w Twej duszy

Choćby jedną nutkę złamaną półtonem,

Wiedziałbym na czym świat stoi

Wiedziałbym gdzie początek, a gdzie koniec

Gdzie miłość, a gdzie rozpacz ma miejsce

Gdzie Ty i gdzie ja

Gdzie ona w szkarłacie zamknięta

W błękicie rozwarta

Co w  szale muzyki

Ty tylko pod opuszkami palców

Jak myśli  błyskawic stacatto

Rozrywając  ciszę...

 

 

 

Kamienny Ogród



Teraz

Mój ogród jest z kamienia
Tu
Śnieżnobiałe liście
Bladolice spojrzenie
Marmurowej róży
Rubinowych ust dotyku
Spragnione

Tam

Malachitowe drzewa

Pochylone szmaragdem

Małych klejnocików listków

Nad diamentową taflą stawu

Z turkusowym dnem

Gdzie spoczęła w wieczności

Kryształowa ważka

Spójrz, kwiat fluorytu łyska pomiędzy

Awenturynową szpilą źdźbła trawy

A gąszczem obsydianu

Kruchością nie raniąc stopy

 

To mój kamienny ogród...

Muskam kwiaty alabastrową dłonią

Nie pachną, nie grzeją

Nie wzruszą już

Kamiennego serca

 

 

 

 

Jakby trzeba było,

To by Mu dziecko urodziła

Jakby trzeba było.

Niechby tylko ten skraweczek

Pachnącej tkaniny

Jaśminem, przyjął

U swych stóp

 

Jakby trzeba było

To by Mu życie drugie dała

Jakby trzeba było - swoje

I jeszcze by się śmiała dając ten

Skarb niezmierzony

Wyśniony świat

U Jego stóp

 

Jakby trzeba było,

To by i nic nie było

To by i „nic” było wszystkim

Jakby trzeba było, by „wszystko”

Legło u Jego stóp

 

 

 

 

 


...

Miłość czasem bywa koronką z czekolady

Co rozpryśnięta na białym obrusie

Ręką szalonego mistrza od słodyczy

Co przedobrzył sprawę niechcąco zupełnie

 

Głębokim smakiem, soczystym kolorem

I aromatem Twe zmysły mamiącym

Pokusą zaklętą w bogactwie, jak gdyby

Misterny kurdyban złocony słodkością.

 

Symfonią dla oka, maestrią języka

Apogeum treści, oniryczną jawą....

 

Ale...

Ale i brudem tylko, na anielskiej bieli

I niczym...

I pustką na wypranym płótnie

...

 

 

 

Za równoległą krawędzią wymiaru

W szparze pomiędzy światami

Ramą lustra, a wieczorem

Ukryty

Śni się inny świat.

Duszy krainy ciepłego kominka

 

Gdzie szarobury kot leniwe

Przysnął na kamiennym gzymsie

Mrucząc snem zaplątanym w bibelotach

Skrzypiących pamięcią ulotną

wtuloną różanym policzkiem do starego drzewa

 

Gdzie zakurzona złota włócznia słońca

Wschodem nowym ośmielona

Wdziera się przez dziurkę od klucza

Poigrać z orzechowym kałamarzem

Pełnym zamaszystych słów, rytmów

I innych mniej potrzebnych rzeczy

By zniknąć zaraz zdumioną radośnie

Motylem co z pergaminu odleciał

 

Gdzie za oknem z sosnowego drewna

Narysowane niebo jest, nieskończone

Pachnące żywicą i światłem

Ponad ogrodem czarów tajemnych

Tęczą pastelowych słów utkanym

i piór, wpierw białych i olbrzymich

Potem jedwabnie miękkich ponad falującą doliną

Płowych trzcin poezji ulotną i cichą.

 

Zza równoległej krawędzi wymiaru

W szparze pomiędzy światami

Ramą lustra a wieczorem

Słowo stało się ciałem

Anioła w puszystym

Alizarynowym szaliku



/Alicji 12.2006/

 

 

 

 

 

 

Wiesław Matysik - Ogrody

2007




góra

powrót  do wierszy
powrót do galerii obrazów